Strona główna / Blog / Ludowa wiedza / Spóźniliśmy się z Marzanną

Spóźniliśmy się z Marzanną

Anna Trzcińska
12 min czytania

Nie ma nic gorszego niż niewiedza i branie wszystkiego za pewnik. 20 marca kojarzymy z topieniem Marzanny. Tymczasem sprawa jest nie dość, że skomplikowana, to jeszcze większość z nas, w tym ze mną włącznie, odtwarzała święto, które z Marzanną nie ma nic wspólnego, jak nam wmawiano.

Jest 20 marca, równonoc wiosenna, czyli pierwszy dzień astronomicznej wiosny. Nasi przodkowie złapaliby się za głowę, gdyby wiedzieli co w tym czasie będziemy robić, choć oczywiście to najmniejszy powód. Zawsze, gdy uczestniczyłam w celebracji, czułam niewypowiedziany niedosyt i poczucie pominięcia kluczowych kwestii w czasie trwania święta. Coś mi nie pasowało. Nie dawało spokoju, więc zaczęłam szukać, szperać, tłumaczyć, wyciągać sens z “kali jeść krowa” czytając zagraniczne publikacje badaczy. Znalazłam szczątki, które dają sensowny obraz, ale nie tłumaczą wszystkiego tak klarownie, jak współczesny człowiek tego oczekuje. Nie jestem akademickim badaczem, historykiem czy etnografem. Jestem fascynatem, któremu często intuicja mówi “coś tu nie gra” lub “szukaj dalej, bo to jeszcze nie to” i tak mam zawsze, jeśli chodzi chęć dowiedzenia się czegoś. Niestety lub stety, prócz poszukiwań, mam też życie osobiste. Jestem mamą, partnerką, rękodzielnikiem, który stara się otworzyć działalność, ale też mam w sobie choroby. Te ostatnie powodują u mnie często bezsilność ciała i umysłu. Sił starcza na przetrwanie, pracę z dzieckiem czy ogarnięcie domu i wykonanie rękodzieła na zamówienie (choć nie robię tego zupełnie sama, bo mój partner też wykonuje obowiązki związane z domem i dzieckiem). Gdy jednak mam czas, siłę oraz możliwość to siadam i grzebię. Zapisuję, koryguję, tłumaczę, skreślam i robię mapy drzewka wiedzy oraz wszystko to, co powyżej opisałam. Czyli robię to, czego sama oczekuje po ludziach, którzy powinni to zrobić, jeśli chcą, by świętowanie było najbardziej przybliżone do działań, jakie wykonywali nasi przodkowie. Tymczasem jest inaczej. Jare święto przez rodzimowierców słowiańskich zostało połączone z wielu tradycji w jedno.

Oczywiście nie piszę tylko o polskich, ale ogóle, które się zrzesza z różnych krajów. Nie ma w tym nic złego, ale jeśli ktoś, tak jak ja, jest szperaczem, to wie, że święta u naszych przodków nie były jednodniowe, a tym bardziej nie starały się zmieścić kilku obrządków naraz, bo jednak regionalność na dość ważny wpływ na zwyczaje i wierzenia. To dlaczego funkcjonuje taka narracja i czemu często obchody nie są stricte w okresie święta? Pierwszym powodem jest wygoda i chęć stworzenia wspólnoty wyznaniowej skupiającej się przy konkretnych wydarzeniach, a drugim przeszkody, jakie towarzyszą mieszkańcom w świeckim, tylko z nazwy, państwie.

Postaram się wytłumaczyć, o co chodzi w obu przypadkach. Dawno temu, gdy było niewiele rodzimowierczych związków wyznaniowych, zastanawiano się jak stworzyć kościół, który będzie związany z wierzeniami naszych przodków. W innych krajach odbywały się już obchody świąt, tworzono publikacje dla zainteresowanych, ale nie było spójności. W sumie nadal nie ma, ale komunikacja i spotkania między głowami rodzimowierstwa ustalono daty świąt, ich przebieg, panteon bóstw itp. habemus papam. To mi dziwnie przypomina historię jednej z największych religii świata, ale może się mylę.

Innymi słowy, łatwiej jest stworzyć coś nowego na podstawie materiału źródłowego, łącząc wszystko w jedno, pomijając kluczowe kwestie, niż rozłożyć je na czas, w którym dane święta się odbywa czy miejsca i zaznaczyć ich odrębność od założeń ogólnosłowiańskich. Te wymagają poświęceń, by zgodnie podążać śladami wierzeń przodków. Niestety tak się nie da, bo to za dużo roboty i zmiany sposobu myślenia oraz funkcjonowania. Dlatego mamy skompresowany obraz świąt. Zaznaczam. To nie jest nic złego. Musimy przecież dostosować się aktualnych czasów. Niewielu z nas uprawia ziemię i z niej żyje, nie mamy zwierząt gospodarskich, bo większość mieszka w bloku w mieście. Nawet jeśli procent mieszka na wsi, to ich pracą nie jest rola czy gospodarka, a zawód, który opłaca dach nad głową, rachunki i jedzenie. A nawet jeśli jest rolnikiem i gospodarzem, to nie uprawia ziemi i nie hoduje zwierząt tak, jak dawniej się to robiło. Pomijając to wszystko, jeśli uprzemy się nawet przy świętowaniu jakie rodzimowierstwo oferuje, to jesteśmy zdani na łaskę państwa. Musimy brać urlopy, by uczestniczyć w święcie, jeśli wypada w środku tygodnia, a niektórzy przecież pracują też w dni wolne. Dlatego nasz kraj jest świecki tylko na papierze. Katolicy mają święta, w które cały kraj ma wolne, a pracodawca nie może wymagać rezygnacji z celebracji święta. Innowiercy za to muszą prosić o wolne, tracić pieniądze, a często po prostu rezygnują z obchodów, bo przetrwanie rodziny jest ważniejsze bez dwóch zdań.

Teraz krótkie wprowadzenie odnośnie do Marzanny.

Jak wiadomo, Marzanna to bogini, której panowanie rozpoczyna się wraz z porą zimową tak jak Welesa. Ostatnie odkrycia dowodzą, że nie była ona śmiercią w negatywnym ujęciu. Wręcz przeciwnie. Jej domeną jest płodność, opieka nad ludźmi i zwierzętami, ale też przypomnieniem, że każdy żywy organizm, zmieni swoją formę. Mogłabym zacytować słowa Mufasy, bo dobrze oddają sens, ale w sumie każdy zna Króla Lwa krąg życia. Jednak ma ona jeszcze jedną ukrytą funkcję, o której rzadko się mówi. Pozytywna stagnacja. To czas, gdy Ziemia odpoczywa, zwalnia, choć głównie w rozumieniu roślinnym i duchowym. Część zwierząt nadal walczy o przetrwanie tylko w trudniejszych warunkach. Tak samo ludzie. Choć to był czas odpoczynku od prac polowych, to wysiłek związany z utrzymaniem siebie i rodziny przy życiu stawał się większy. Marzanna była i w sumie nadal jest, patronką tych trudów. Nie mniej przypomina, że szaleńczy bieg życia powoduje utratę zdolności szerszego widzenia świata, rozumienia potrzeb ciała oraz umysłu i co gorsza, może powodować choroby. Dlatego ważny jest odpoczynek, danie ciału dojść do siebie, więc warto skorzystać z zimowego spokoju. Po niej ponownie chcemy się wybudzić, by już w pełni zdrowia i wypoczęcia wkroczyć w nowy rok.

Na początku lutego zaczynamy już się męczyć snem, jaki trzyma świat. Ziemia jest jeszcze skuta lodem, więc chcemy zaprosić ciepło poprzez jego zamawianie. Taki akt nie był ujednoliconym obrzędem znanym na całej Słowiańszczyźnie. Jednak patrząc na zapisy badaczy, w większości wsi i naszych wschodnich sąsiadów, a także części terenów naszego kraju, zaczynano działać. W czasie granicznym, czyli między styczniem i lutym, szykowano kukły, rozpalano ogniska i składano ofiary bogini Marzannie, by zapewnić rychłe przyjście ciepłych dni. Kukła nie reprezentowała samej bogini, ale choroby, niedostatek, głód, zastój, stagnację czy lęk. To wszystko bogini miała ze sobą zabrać lub pomoc w oddaleniu od ludzi po ofierze dziękczynnej za troskę w zimnej porze. Można powiedzieć, że tym działaniem wołano do niej “Dziękujemy Ci za opiekę w tym trudnym okresie. Tu są dla ciebie ofiary, byś wiedziała, jak wdzięczni jesteśmy. Prosimy, szykuj się do powrotu do swojego królestwa, teraz pora byś i Ty odpoczęła. Zabierz, proszę, od nas to stare, ograniczające i nas powstrzymuje od życia w pełni. Niech Dziewanna zajmie Twoje miejsce”. Po pożegnaniu i oddaniu składano ofiary do Dziewanny, by zachęcić oraz poprosić o rychłe przyjście ciepła, czyli narodzin życia. Część ofiar była wrzucana do ognia, a część składana na polach lub lokalnych miejscach kultu.

Ogień naturalnie ma funkcję oczyszczające i transformacji z jednego stanu do innego, ale też jest bramą do komunikacji ze światem, jakiego człowiek nie widzi ot tak. Tę samą funkcję ma woda. Dlatego kukła była wpierw podpalana, a później wrzucona do wody. W “Etnolingwistycznym Słowniku-Starożytności Słowiańskich” zapisano kilka różnych okresów świat, w których wykonuje się kukły, a następnie oddala je od ludzkich domostw, po czym niszczono je, by pozbyć się tego, co spadło w trakcie zimy na ludzi. W magii ludowej wykonuje się małe fantomy/kukiełki, które mają wziąć na siebie chorobę lub urok, a następnie przy zamowach spala się je lub topi z tą różnicą, że często wrzuca się je do bagien. Jest też kilka ciekawych opisów, gdzie kukły nie topiono w ogóle, bo oddalenie od rzeki było zbyt duże. Po wyniesieniu za granicę wsi rozrywano ją na części, wrzucano na drzewo, uderzano o pnie drzew, bito kijami lub obrzucano kamieniami. Brutalnie prawda ? Większość z nas ma już zakodowane Kukła = Marzanna, więc myślimy “jak to ? Boginie niszczono?”

Niszczono kukłę, która miała na sobie nasze choroby oraz pozostałe zło, ale nie boginie. Dlatego przeglądając dokładnie zapiski, okazuje się, że nie topiono Marzanny, nie palono czy niszczono jej samej. Spalano i topiono (czy raczej oddalano dzięki płynącej wodzie) wszystko to o czym wspomniałam wyżej z pomocą bogini Marzanny. To był jej ostatni akt pomocy ludziom przed odpoczynkiem.

Nie muszę chyba wyjaśniać, dlaczego Marzanna stała się kukłą, którą trzeba zniszczyć. Jeśli muszę, to wyjaśnię krótko. Chrześcijaństwo i tyle na ten temat. Później znaleziono nowe kozły ofiarne jak Judasz czy Żyda, choć jego wieszano, a także inne narodowości w tym Cygana (Roma) czemu przyklaskiwali głowy kościoła. Choć spalenie i utopienie postaci kobiecej przetrwało jako najmilszy dla nich akt.

Wiem, że brzmię anty, jednak jak nie brzmieć?

Zostajemy jeszcze przy czasie granicznym. Jest początek lutego. Dziewanna/Marzanna czy jak w chrześcijaństwie ludowym Matka Boska chadza po ziemi, spoglądając na życie, jakie trwa w tym uśpionym czasie i co widzi ? Ogniska. Ludzie proszą o ciepło, ale obawiają się, że skoro oni są głodni to i drapieżniki pewnie też. Wilki, niedźwiedzie czy rysie łakomie spoglądają w stronę domostw, a to już czas by rogacizna mogła wyjść z obór. Niestety musi poczekać jeszcze jeden dzień. W tym czasie jeszcze panowanie i opiekę ma też Weles. Ten, który obejmuje patronatem rogaciznę, wiedzę, tajemnicę, przysięgi i magię, a także dzikie zwierzęta, zmarłych oraz duchy wodne. Ręka w rękę, bóg i bogini (lub boginie) starają się, by drapieżniki znalazły pożywienie w lasach, oddalając ich wzrok od ludzkich domostw. Ich ciężka praca nie jest niewidoczna. Oprócz ognisk, przy których ludzi proszą o rychłe nadejście ciepła, składają ofiary Marzannie, Dziewannie, ale też Welesowi w podzięce. Jest on znany z dobroci wobec ludzi. Jednak to nie wszystko. To nie koniec ofiar. Weles, którego królestwo mieści się pod ziemią, ma też we władaniu wody i każdy byt w nim jak wspomniałam wyżej. Z tego powodu wodnik zamieszkujący jeziora i rzeki, często przebudza się jeszcze w zimie, co powoduje u niego gniew. Jest głodny, niedospany, dosłownie jak niedźwiedź. Pod wodą, pękający lód niesie się, przerywając mu sen. By go obłaskawić i stłumić w zarodku jego szał, który może spowodować powodzie, składa się mu w ofierze ryby, kaszę z makiem, a także alkohol. Najedzony zaśnie ponownie i miejmy nadzieję, że tym razem obudzi się w dobrym humorze.

Kiedy składano ofiarę wodnikowi ? Gdy czuć było lżejsze powietrze. Obserwowano i nasłuchiwano lód. Nawet jeśli po ofierze przyszedł mróz, to chociaż mogliśmy być spokojni, że wodnik nie będzie szaleć w złości.





0

Udostępnij artykuł

Anna Trzcińska

Dzielę się wiedzą o magii ludowej, ziołach i rytuałach przekazaną przez Babkę.